Strony

środa, 6 czerwca 2012

ja pierdolę...

Moje życie składa się ostatnio z samych pierdół. Przed erą rodzicielstwa mogłam sobie pozwolić na ignorowanie niektórych pierdół na rzecz wewnętrznego spokoju. Teraz musiałam nauczyć się organizować w czasie te pierdoły w połączeniu z dzieckiem i jego potrzebami. Zacznijmy od tego, że pranie stało się obowiązkiem niemal codziennym. Było nim już zanim przeszliśmy na tetrę, gdyż nasze dziecko przecieka wszystkimi otworami (no może poza uszami) i na wszystko. Podnosze Dzidziulinkę do odbicia i czuję wartki potok ściekający mi po plecach niczym Dunaj na podłogę (wersja mniej optymistyczna to łóżko albo krzesło) Więc trzeba przebierać dziecko, siebie, zetrzeć podłogę, ale że dziecko się drze położone na 3 sekundy, to z tym dzieckiem w jednej ręce, a szmatą w drugiej, potem trzeba wynieść to co zafajdała i trzymać kciuki, żeby nic już tam więcej nie było do wyciekania. To co uprane trzeba rozwiesić, a to co wyschnie trzeba uprasować. Czasem trzeba też coś zjeść i tu też zaczyna się żonglerka pierdołami, bo dziecko się drze, bo nie będzie leżalo samo na macie dwóch minut, więc robienie kanapki zajmuje 15 minut jest maratonem między dzieckiem a lodówką (dzieki bogu mamy kawalerkę). Robienie obiadu muszę planować w czasie już rano... W erze bezdzietnej brak jedzenia nie był problemem, ale jak się karmi, nawet tak szczątkowo jak ja, to trzeba czasem dorzucić składników odżywczych. A jeśli już o tym mowa, to jeszcze trzeba pamiętać o wydojeniu, najlepiej gdy Młoda śpi. Jeśli nie mam tego szczęścia, to jedną ręką składam laktator i robię sobie herbatkę, a drugą bujam wózkiem. Mniej więcej dwie godziny wyjęte z i tak krótkiego dnia >< wieczorem i rano przynajmniej sobie przy tym poczytam, więc nie jest to tak do końca zmarnowany czas. Codziennie wpada jakiś projekt - ostatnia nić łącząca mnie z normalnością, tak dla mnie zbawienna. W erze bezdzietnej mogłam sobie pozwolić na spędzenie wieczora na łapaniu weny (czytaj graniu w settlersy i popijaniu winka) i zrobienie projektu po północy, a teraz już w ciągu dnia między rzygiem a przewijaniem muszę pomysleć co tu zrobić, żeby się nie narobic, ale utrzymać poziom. Usypianie działa dwubiegunowo: raz mała zasypia w ciągu 2 minut, innym razem mimo ewidentnych oznak zmęczenia Mloda drze się, wypluwa smoka, źle na rękach, źle w wózku, źle w łóżku, pielucha zmieniona, dziecko nakarmione, ale woli się drzeć i wić na rękach, niż spać. A jesli taki stan zbiegnie się w czasie z inną pierdołą, cycki pekają bo już godzinę temu powinnam odciągnać pokarm, makaron kipi, żygi zdobią podłogę, klient dzwoni ze zleceniem a na dworze moknie pranie, to ja po prostu wymiękam...

... tak więc cały dzień jakieś pierdoły, a wieczorem i tak kładę się spać z przekonaniem, że nic dziś nie zrobiłam ><

wtorek, 5 czerwca 2012

Tracy Hogg i inne bajki

Przyznam z zażenowaniem, że przed narodzinami Dzidziulinki nauczyłam się "języka niemowląt" niemal na pamięć, a dodatkowo pozaznaczałam sobie najważniejsze fragmenty fiszkami, żeby łatwiej było je znaleźć... Małżon zagoniony przeze mnie do lektury przewertował książkę, ale niestety "Gra o tron" miała większą siłę przebicia. Ostatecznie to Małżon lepiej na tym wyszedł ode mnie. Przez pierwszy miesiąc próbowałam zastosować rady doświadczonej niani, ku rozpaczy dziecka i mojej frustracji. Początkowo Mała sypiała w ciągu dnia po 3-4 godziny ciurkiem. Jak doliczyć do tego 40 minut karmienia i po 15 minut na przewijanie i zabawę to nijak nie mogłam wpasować się w ten trzygodzinny Łatwy Plan. Nie mogłam sobie nic zaplanować, bo nigdy nie wiedziałam, o której Mała zaśnie i ile pośpi. Jakąś niepojętą bajką były dla mnie hasła "przestrzegać tych samych pór karmienia i spacerów, żeby dziecko miało wysnaczony plan dnia". Kąpiele wypadały nam nieraz i o 21 w nocy, o spacerach nawet nie wspomnę. Pozatym nie mogłam rozpoznać potrzeb mojego dziecka, bo wszystkie jej płacze wyglądały tak samo. Usypianie małej w łóżeczku to był jakiś koszmar, najchętniej usypiała u Małżona na piersi noszona przez godzinę. Podobno dziecko ssące pierś 40 minut powinno być najedzone - moje nie było, wyło w niebogłosy, bo jak się okazało nie miałam wystarczajco dużo pokarmu :(

No więc wertowałam tę książkę po kilka razy dziennie szukając jakiegoś sposobu na okiełznanie bestii, aż się fiszki postrzępiły... ale nie spłyneło na mnie żadne oświecenie. Byłam zła na moje dziecko, że tak skutecznie ignoruje ustalony porządek świata i na siebie, że nie potrafię rozpoznać jego potrzeb.

Wszystko zaczęło się normować po drugim miesiącu, mniej więcej dwa tygodnie po tym, jak zdecydowaliśmy się dokarmiać Dzidziulinkę mlekiem modyfikowanym. I to "pod korek". Zmiany następowały stopniowo, prawie niezauważalnie, aż do obecnego stanu względnej normalności, ale daleko odbiegającego od cudownych założeń Łatwego Planu.

Nasz plan jest Łatwiejszy, bo tylko dwugodzinny :D
Wedle Łatwiejszego planu stworzonego przez naszą Dzidziulinkę dzień zaczyna się koło godziny 9-10 rano, ku naszej ogromnej wdzięczności. Wszelkie wcześniejsze karmienia (koło 3-4 i koło 7-8) są w trybie "na śpiocha", a po wypiciu ostatniej kropli Ala idzie dalej spać.
Dzień przebiega w trybie dwugodzinnym: po przebudzeniu nastepuje pół godzinki na przeciąganie się w wyrku, zabawę zawieszkami, potem jest przewijanie i gimnastyka (napiszę o tym jeszcze) leżenie na brzuszku i ćwiczenia rozciągające prawy boczek. Po półgodzinie od obudzenia przychodzi pora na amu. Na opakowaniu mm piszą, że dziecko trzymiesięczne powinno zjadać 6 posiłków po ok 120-150ml. Alunia tę zasadę ma w głębokim poważaniu (może dlatego, że nie potrafi czytać) i zjada średnio 90 ml, za to odpowiednio częściej. Po jedzonku mamy jeszcze pół godzinki na zabawę na macie, długie rozmowy i poznawanie naszego 30metrowego świata. Po godzinie z minutami pojawiają się pierwsze oznaki znudzenia wszystkim, łapki zaczynają szarpać włoski i włazić do oczu. To oznaka, że trzeba się zwijać spać. W 50% przypadków wystarczyć dać smoka, położyć na boczku, przykryć ciepłym kocykiem i dziecko niemal natychmiast odpływa (w pozostałych przypadkach mamy do czynienia z mniejszymi lub większymi protestami, które nasilają się im bliżej wieczora). Następuje czas drzemki, wedle krótej możnaby nastawiać zegarek - Dzidziulinka śpi w dzień po 45 minut i ani nimuty dłużej! Czasem niestety krócej... I tu cykl się zamyka, Młoda budzi się radosna i zaczynamy od nowa :D

Taki krótki cykl ma swoje plusy - jeśli coś nam się poprzesuwa, to niewiele. Z dużym prawdopodobieństwem mogę zaplanować zarówno spacer jak i kąpiel z dokładnością do kilkunastu minut :) I dokładnie wiem ile czasu mam dla siebie gdy młoda śpi.

normalnie jak reklama :D

piątek, 1 czerwca 2012

Dzień Dziecka

Naszła mnie taka refleksja, że Dzień Matki (albo rodziców) i Dzień Dziecka powinny być połączone, bo przecież jedno bez drugiego nie mogłoby istnieć. Uczymy się bycia rodzicami każdego dnia, a ta mała istotka jest naszym nauczycielem, największym szczęściem, na które tak długo czekaliśmy. Mam nadzieję, że będziemy w stanie dać jej poczucie bezpieczeństwa i miłości, na jakie zasługuje. Że stworzymy jej radosne, beztroskie dzieciństwo, a potem dobry start w dorosłe życie. Że zawsze będziemy mieć dla niej czas, będziemy umieli jej słuchać, będziemy wyrozumiali i że zawsze będzie miała nasze poparcie w tym co robi.

Kochamy cię Aluniu!
(nawet kiedy nie chcesz iść spać :)