... a miałam napisać jeszcze, że łóżeczko przyjechało! Jest takie ciężkie, że stoi w korytarzu tam gdzie je kurier rzucił. Facet prawie płakał ze szczęścia, że na parterze mieszkam :D Chyba nie będziemy go jeszcze rozstawiać, bo mieszkanie wymaga przetasowania mebli, żeby łóżeczko stało przy naszym łóżku. Ale napewno zajrzymy do środka jak Mężul wróci z pracy.
A na obiadek lazania :D
środa, 14 grudnia 2011
dziura...
Niedawno przy okazji spotkania z jednym z moich zleceniodawców jego żona (bardzo modna i nowoczesna kobita) zapytała mnie, jaki poród wybieram. Odpowiedziałam, że najbardziej naturalny, jaki się da. No i wywiązała się dłuższa dyskusja na temat wyższości cesarki nad naturalnym porodem. Jeszcze przed ciążą trafiałam w Internecie na artykuły publikujące statystyki porodów i z niedowierzaniem czytałam, że w Polsce co trzeci poród odbywa się przez CC, mimo braku wskazać do takiego „zabiegu”. Nigdy nie zrozumiem kobiet, które świadomie decydują się na CC twierdząc, że to wygodniejsze rozwiązanie. Przecież to jest ogromna ingerencja w kobiecy organizm! Przecinają ci wszystko łącznie z pęcherzem, przez kilka pierwszych dni masz zakaz wstawania z łóżka, nie możesz sama się wysikać nie mówiąc już o zajmowaniu się dzieckiem, nierz nawet nie możesz go nakarmić, a na całkowite zrośnięcie się brzucha czekasz nieraz nawet 2 miesiące. Oczywiście przy porodzie naturalnym zdarzają się pęknięcia, nieraz bardzo poważne. Ale akurat te części kobiecego ciała regenerują się niezwykle szybko J Rana po CC może nie goić się poprawnie i niekoniecznie jest potem „ledwie widoczna”. Ponadto dziecko rodzi się „sterylne”, pozbawia się je kontaktu z bakteriami z dróg rodnych kobiety, co upośledza na starcie jego odporność.
Może i CC jest bezbolesna w chwili porodu, ale wydaje mi się, że ogólny bilans bólu rozłożonego w czasie przy gojeniu się rany jest czymś bardziej uciążliwym, niż kilka godzin bólu w czasie porodu naturalnego. Będę miała okazję sprawdzić w najbliższym czasie, jak silną babą jestem J oby tylko nie było wskazania do CC.
A swoją drogą niech mi ktoś wytłumaczy, czemu przez tysiące lat ewolucji zaniknęły nam chwytne stopy, a dziurka się nie powiększyła? J
środa, 7 grudnia 2011
Jestem, jestem :)
Jak na osobę na zwolnieniu lekarskim jestem zdecydowanie zbyt zapracowana. Ciągle sobie znajduję jakieś pracochłonne zajęcia, nie potrafię jak normalny człowiek posiedzieć przed TV nic nie robiąc. Skończyłam dwie chusty na szydełku z włóczek, które zostały mi jeszcze po zeszłorocznych kwiatkach-broszkach. Zaczęłam trzecią, czarną, specjalnie dla mnie do mojego radosnego żółtego płaszczyka. A w tym tygodniu męczyłam kartki świąteczne. Jeszcze ich nie wymęczyłam, ale już widać koniec roboty. No i niestety cały czas wisi nade mną niedokończony obraz dla moich teściów na prezent. Bardzo chciałabym wyrobić się z nim przed gwiazdką, ale tak mi się totalnie nie chce nad nim pracować, że aż słów brak. Póki co wylądował w kącie i omijam go szerokim łukiem
Brzucho sporo urósł ostatnio. Na razie rozstępów nie widać, ale przede mną jeszcze jakieś 11 tygodni i wszystko się może zmienić. Niepokojąco często zdarza mi się o nim zapominać. Dwa razy zarobił otwieranymi drzwiami, a wczoraj tak intensywnie pomagał w gotowaniu pomidorówki, że bluzka trafiła do prania :) Mieszkaniec brzucha oficjalnie nazywany jest już tylko Wierciochem, Penelopka odeszła w zapomnienie. Powoli przechodzimy z fazy "wściekły kot" w fazę "obcy". Czyli gwałtowne kopniaki ustępują miejsca subtelnym rozciąganiom. Mogę siedzieć godzinami z rękoma na brzuchu śledząc ruchy piętek, łokci i główki i nie mam dosyć. To najcudowniejsze uczucie, jakiego kobieta może doznawać - świadectwo rozwijającego się w niej nowego życia. Wtedy wszystkie zgagi, bóle nerki i pleców przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie rozumiem kobiet, które zarzekają się, że dzieci nie chcą i nigdy nie będą mieć. Jeszcze pół biedy, gdy podobną opinię wygłasza nastolatka, ale ostatnio niepokojąco często słyszę je z ust koleżanek po trzydziestce. Dla mnie nie ma nic bardziej kobiecego i naturalnego niż danie życia nowej istocie. Nie rozumiem idei życia dla samego siebie, gdzie w perspektywie czeka mnie jedynie śmierć w samotności i świadomość, że tak naprawdę nic po mnie na tym świecie nie pozostanie. Oczywiście dzieci to skomplikowana mieszanina odpowiedzialności, strachu, przywiązania, ale także radości, świadomości, że ma się niesamowity wpływ na kształtowanie osobowości drugiej osoby i że zostawia się w nim cząstkę siebie.
Denerwuje mnie głośna agitacja na rzecz prawa kobiet do aborcji. Chyba z upływem lat moje przekonania stają się coraz bardziej radykalne, bo nie potrafię już wrócić do poglądu, że każdy ma prawo do swojego życia i swoich błędów. Nie w tak ważnym wypadku jak prawo do życia niewinnych istot. A może sprawił to mały Wiercioch we mnie, nie wiem. Nie zdziwię się jednak, jeśli projekt ustawy zostanie w końcu za którymś razem zatwierdzony. Bo jakby nie patrzeć jest to wyjście najprostsze i najtańsze. Bo po co wydawać państwowe pieniądze na edukację seksualną młodzieży, na żłobki, na przedszkola, na ulgi parorodzinne i opiekę nad samotnymi matkami. Za skrobankę natomiast każdy zapłaci chętnie z własnej kieszeni, zapewne niemałe pieniądze, a państwo jeszcze tę „usługę” opodatkuje i będzie miało fundusze na wykarmienie kolejnych kadencji darmozjadów. Nie uważam prawa do aborcji za niezbędne dla kobiet i nie dam sobie wmówić, że prawa kobiet są w jakikolwiek sposób ograniczane w tej materii.
Jeszcze jako ciekawostkę dodam, że niedawno trafiłam w Internecie na wzmiankę o kobiecie (oczywiście z Ameryki, kolebki wszelkiej patologii) uzależnionej od aborcji. Twierdzi, że poddawała się temu „zabiegowi” 15 razy, że świadomość przerwania tego rozwijającego się w niej życia dawało jej satysfakcję, a teraz jeszcze spisuje swoje wspomnienia w formie książki. No i powiedzcie mi, że nie jest seryjną morderczynią.
Subskrybuj:
Posty (Atom)